Łódź muzyczna.

Wpisy

  • sobota, 11 sierpnia 2012
    • Uliczni grajkowie

      Stałam przy półce z gazetami w Realu, kiedy ktoś mnie puknął w plecy, odwróciłam się, za mną stała Magda. Jak zawsze kolorowa, uśmiechnięta, z torbą przewieszoną przez ramię. Wyciągnęła mi z ręki gazetę i zaczęła ją przeglądać. Czasopismo było otwarte na stronie z artykułem o Krzysztofie Krawczyku. 

      - Chcesz poznać prawdziwych ulicznych grajków?
      Pokiwałam głową. Nigdy nie byłam fanką Trubadurów, wręcz przeciwnie, śmieszy mnie ich kolorowe stroje ale z byłam ciekawa, co tym razem Magda wymyśliła, wszak nie od dziś było wiadomo, że Magda jest właścicielką najbardziej szalonych pomysłów pod słońcem. Powiedziała, że zapozna mnie jutro z ulicznym grajkami, z Piotrkowskiej. Nie spodobał mi się początkowo ten pomysł, nie żebym miała coś do kogokolwiek, ale siedzenie na chodniku i rzępolenie na gitarze akustycznej kojarzyło mi się bardziej z żebraniem, niż z uczciwym zarobkiem. Oczywiście artykułu nie przeczytałam…
      Następnego dnia ubrana w ciepłą bluzę, bawełnianą spódnicę, uzbrojona w termos i zwykłą, ludzką ciekawość, ruszyłam na podbój nowego życiowego doświadczenia. Na początku zastanawiałam się, czy jeszcze nie wziąć jakiegoś instrumentu muzycznego, ale stwierdziłam, że za jeszcze wcześnie (albo już za późno) na uliczne granie. Kiedyś jak byłam bardzo młoda, to miałam ambicje muzyka, niestety wraz z nadejściem wieku młodzieńczego wszelkie instrumenty muzyczne poszły w kąt, a ich miejsce zajął głos nastoletniego serca.
      Z Magdą spotkałam się przy Pasażu Schillera, oczywiście jak zwykle robiła zdjęcia. Tym razem na celowniku jej obiektywu stanęła fontanna i pomnik. Zobaczyłam ją z daleko, pomachałam, ona mi odmachała i podeszła. Potem złapała mnie pod rękę i świergocząc coś o cudownej i uzdolnionej młodzieży, która do TVN-u się nie dostanie, bo nie ma znajomości. Gdy doszłyśmy na miejsce przede mną siedziała na kurtkach grupka młodzieży rozpaczliwie zawodząca bluesa, przed nimi leżał futerał, w futerale kilka groszy, oraz tekturka z napisem „Zbieramy na wakacje”. Nie pytałam się, czy to jest legalne, kiedy skończyli śpiewać hit Ryśka Riedla zagadałam chłopaka z dredami o zarobki, wzruszył tylko ramionami, że on to robi dla przyjemności, a nie dla kasy. Dwie blondynki siedzące obok niego mu zawtórowały. Stwierdziłam, że to nie moje klimaty i mimo namów Magdy nie został na dłużej, na pożegnanie wyciągnęłam z portfela serca pięć złotych i położyłam w futerale, życząc współczesnym trubadurom szczęścia.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      kamikaskama
      Czas publikacji:
      sobota, 11 sierpnia 2012 23:18
    • Stuhr, Maćkowiak i Teatr im. Stefana Jaracza

      Oglądałam właśnie „Pogodę na jutro” w reżyserii Jerzego Stuhra, kiedy do mojego mieszkania wszedł Roman. Dałam mu kiedyś klucze żeby podczas mojej nieobecności podlewał pelargonie, potem jakoś specjalnie się o nie dopominałam i od tamtego czasu sąsiad nie bawił się w specjalne grzeczności, tylko nawiedzał mnie kiedy mu się to rzewnie podobało. Na początku byłam poirytowana sytuacją, ale potem się przyzwyczaiłam, wszak nic nie ginęło, a dywanów w pomieszczeniach nie posiadam, więc nawet nie miał możliwości mi ich zabrudzić. Usiadł obok i powiedział, że cieszy się, iż Myslovitz gra na każdych juwenaliach, bo ich bardzo lubi. Podobno mają wielki sentyment do Łodzi, bo w naszym mieście spotkało ich wiele dobrego. Zadumałam się i od razu przypomniała mi się Magda ze swoim niegasnącym optymizmem.
      Podczas napisów końcowych Roman powiedział, że Kamil Maćkowiak, który grał kiedyś w filmie Stuhra – „Korowód” ma świetny gust, bo słucha Tiny Turner, w dodatku musi mieć doskonały słuch muzyczny, bo oprócz tego, że jest aktorem jest także baletmistrzem. Długo jeszcze siedzieliśmy i zachwycaliśmy się osobą Kamila Maćkowiaka, który mimo tego, że jest utalentowany, ambitny, kreatywny, kulturalny i skromny to jeszcze w dodatku pozostał człowiekiem, który wybrał sobie najlepsze wzorce tj. Helena Modrzejewska. Nagrody, które zdobył nie przewróciły mu w głowie, a role Pana Kamila na długo zapadają w pamięć. Człowiek po spektaklach długi siedzi w domowym zaciszu i rozważa zachowania bohaterów, które nie zawsze wydają się jasne i właściwe. Oczywiście to nie jest zasługa tylko Pana Kamila, ale także innych partnerów scenicznych (albo partnerek).
      Ewa Audykowska – Wiśniewska, bowiem „Totalnie szczęśliwi” nie byli totalnie udani bez udziału Ewy Audykowskiej – Wiśniewskiej, Sambor Czarnota, Iwona Karlicka, Mariusz Witkowski, Matylda Paszczenko, Dobromir Dymecki, Katarzyna Cynke – to tylko niektóre nazwiska osób, które współtworzą z Kamilem Maćkowiakiem bohaterów dramatów. Oczywiście nie wolno zapomnieć o „Niżyńskim”, który jest przedstawieniem wyprodukowanym przez Fundację Kamila Maćkowiaka. „Niżyński” podbił serca nie tylko Polaków, ale także Rosjan, dzięki czemu zdobył bardzo dużo nagród.
      Oprócz desek teatralnych istnieje także szklany ekran, Kamila pamiętam jako rozpieszczonego synka nauczycielki – Mikołaja z „Pensjonatu pod Różą”, potem to już były tylko role gangsterów („Oficer”), psychopatów („Naznaczony”) lub ludzi z drugiej strony barykady („Kryminalni”).


      Pozdrawiam.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      kamikaskama
      Czas publikacji:
      sobota, 11 sierpnia 2012 23:15
    • Koty i filharmonia.

      Filharmonia

      Spotkałam ją pod kościołem św. Teresy i św. Jana Bosko przy ulicy Uniwersyteckiej, wdychała nad kopułą kościoła oraz pochmurnym niebem. To właśnie od Magdy dowiedziałam się, że papież Jan Paweł II był w mojej parafii.
      Magda była tamtego dnia wyjątkowo smutna, gdy spytałam „Co się stało?”, jej smukłe palce owinęły się wokół mojej dłoni i pociągnęły w nieznanym kierunku. Przez całą drogę milczałyśmy, miejscem docelowym okazało się podwórko na jednym z łódzkich blokowisk, pełne kotów zewsząd nadbiegających na dźwięk ciepłego głosu Magdy. Pasiaste, czarne, w ciapki i kulejące. Wszystkie tak samo ufne wobec osób karmiących, wszystkie uciekające przez obcymi. Niektórzy wykorzystują kocią „naiwność” i dosypują różnych trutek do kociego żarcia, co skutkuje zdychaniem w wielkich męczarniach dla tych kotów, jednak to nie jedyny problem kotów i ludzi dobrego serca, nie wspominając nawet o zimie i bezmyślności, a raczej okrutności ludzi, którzy złośliwie zamykają okna do piwnic tak by zmarznięte kociaki nie mogły się ogrzać, to ludzie nie myślą o sterylizacji kotów i jeżeli kot zaliczy „wpadkę” wyrzucają małe kociaki (albo w gorszym przypadku je zabijają).
      Wysłuchałam półgodzinnych skarg z uwagą i niekłamanym żalem dla losem bezdomnych istot. Osobiście mam jednego kota, znalezionego w budynku liceum ogólnokształcącego mieszczącego się przy jednej z bardziej ruchliwych ulic miasta, kot najprawdopodobniej wszedł przez okienko będące bramą do szatni. Nie powiem, że jestem bardzo mądra, ale mój kot miał szczęście, że przygarnęłam go właśnie ja.
      Z racji na to, że blog jest na temat muzyki napiszę, że w Łodzi świetnymi miejscami na obcowanie z muzyką są: Teatr Wielki, Teatr Muzyczny i Filharmonia. ;)|

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      kamikaskama
      Czas publikacji:
      sobota, 11 sierpnia 2012 23:03
    • O Comie (po raz drugi) i Normalsach.

      Do twórczości Piotra Roguckiego podchodziłam z pewną dozą nieufności, oczywiście słyszałam o nim nieraz i nawet wszyscy moi znajomi mówią o nim w samych superlatywach, ale gdy usłyszałam, że na jego koncertach występuje pogo, to aż mi włosy na głowie dęba stanęły. Oczywiście to nie jest wina Piotra Roguckiego, ani zespołu, ale pogo mnie zdecydowanie zniechęca do odwiedzania koncertów, wszak zostać nadepniętych glanem to żadna przyjemność. Oczywiście na pomoc jak zwykle przybiegła Magda, która tamtego dnia miała świetny humor. To od Magdy dowiedziałam się, że Piotr Rogucki był harcerzem, nazwa Coma powstała przez przypadek, ponieważ zespół był umówiony na wywiad Radia Łódź, a nie miał nazwy. Potem było raz lepiej, raz gorzej, ale zespół zdobył kilka prestiżowych nagród i zespół istnieje, więc poziom musi być wysoki, bo ludzie gusta mają różne, ale tak naprawdę tylko najlepsi pozostają na rynku muzycznym dłużej niż trzy lata, a Coma istnieje już ponad czternaście (z niewielkimi przerwami).

      Magda mówi, że muszę się koniecznie kiedyś wybrać na ich koncert, pewnie się kiedyś wybiorę, bo ostatnio nałogowo słucham Magdy i łódzkiego Jazzu. Zespołem, który jest bardzo porównywany do Comy są Normalsi w skład, których wchodzi: Piotr – wokalista Grzesiek – perkusista, Mirek – gitarzysta elektryczny i Przemek – gitarzysta basowy.
      Coś Piotra Roguckiego: 


      Pozdrawiam. ;)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      kamikaskama
      Czas publikacji:
      sobota, 11 sierpnia 2012 22:34
    • Początek znajomości

      

       Widziałam ją codziennie jak bezszelestnie przemykała się po ulicach Łodzi, uzbrojona jedynie w aparat fotograficzny i budzący zaufanie uśmiech, przystawała co jakiś czas by zrobić zdjęcie swoim nieruchomym modelom. Najczęściej były to rzeźby i budynki, czasem w artystycznym uniesieniu robiła zdjęcia ulicznym grajkom albo Panu z dzwoneczkiem, który od kilku lat stoi w tym samym miejscu i o tej samej porze.
      Pierwszy raz zdecydowałam się do niej podejść, kiedy fotografowała Dworzec Fabryczny, mówiła wtedy o ulotności chwili. Potem poszliśmy na koncert Jacka Bielańskiego, który występował wraz z zespołem - nazwy zespołu niestety nie pamiętam. Było fajnie, gdybym była mężczyzną albo homoseksualistą powiedziałabym, że romantycznie. To Magda mi poleciała spektakl Teatru Nowego „Kto nie ma, nie płaci”. Jacek Bielański występował z gitarą oraz burzą dredów, które według Magdy nie są doczepiane ;) potem spytała się po której stronie barykady jestem „ŁKS czy Widzew”, odpowiedziałam po dokładnym zastanowieniu się nad stopniem zagrożenia oraz oddaleniu się na bezpieczną odległość, że za Widzewem. Ona się śmiała, głośno, szczerze, cudnie…
      Następnego dnia spotkałyśmy się w Foto Cafe 102. Było przyjemnie, ładny wystrój i kameralna atmosfera sprzyjały zwierzeniom. Magda ma dar opowiadania, ja za to jestem wybitną słuchaczką, który z każdego zdania bierze coś ważnego dla siebie. Spytała się, czy słucham „Sjón”. Zaprzeczyłam. Po chwili dowiedziałam się jak wielką stratę duchową ponoszę i że w Łodzi są sami geniusze muzyczni, potem dowiedziałam się, że musimy razem iść do mieszczącego się obok Foto Cafe 102 klubu Łódź Kaliska, bo tam jest świetna muzyka i lustra fenickie w łazienkach. Obiecałam, że się wybiorę. Zdążyła mi tylko zrobić zdjęcie na ławeczce Tuwima, cyknąć Urząd Miasta oraz pomnik Misia Uszatka i się pożegnałyśmy. Nie liczyłam na kolejne spotkania, mogę nawet śmiało powiedzieć, że dziwnie mi było. Cały czas myślałam, że Łódź może się jedynie pochwalić przemysłem filmowym, który już praktycznie nie istnieje oraz starymi, podupadłymi fabrykami, które niszczeją i coraz częściej służą jako meliny, że to miasto nie ma kompletnie nic do zaoferowania oprócz smrodu, brudu i nadmiaru hałasu, Magda pokazała mi jak bardzo się mylę. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      kamikaskama
      Czas publikacji:
      sobota, 11 sierpnia 2012 22:30